Archeo wraz z policją szykuje akcję Pandora 7 , ale frajerzy w zamian tworzą już materiał dowodowy, bo policja nie ma na to czasu pilnując kowidowców w aresztach domowych. Poza tym archeolog za tworzenie dokumentacji ma płacone, a frajer i kolaborant robią to za darmo bo "współpracują" nanosząc jakieś pierdoły przez smartfona. Siemanko wszystkim ;) A my znowu na Bezludnej Wyspie ;) Zapraszam do oglądania, bo nie ma co opowiadać ;) Lista zadań w opisie pierwszego odcinka ;) to pytanie skierowane do dziewczyn ktore sa juz mamami.czy przy noworodku naprawde na nic nie ma czasu?czytalam kiedys wypowiedz dziewczyny ktora pisala ze bierze prysznic o 3 w nocy bo pozniej nie ma juz czasu.przerazilo mnie to.ale – Nie ma jednego dobrego rozwiązania dla wszystkich, a przeznaczenie swojej składki dobrze przemyśleć, bo kolejna zmiana będzie możliwa najprawdopodobniej dopiero w 2028 r. – dodaje ekspert. 55 likes, 2 comments - szymon__dziubek on August 31, 2023: "Nie ma że sie nie da!! Swój dzień zaczynam o 3.20 rano. Mimo że wracam dopiero chwilę przed" re: nie ma czasu trzeba sie zwijac Zgłoś do moderatora uwazajcie na oszusta abw naganiajacego na spolke ktora wg niego miala rosnac a spada-wredny warchlak o ip89.64.115.*] BYLE NIE BYĆ LENIWĄ. – Ja też mogłabym mówić, jak Matczak, że warto zapierdalać po 16 godzin dziennie – opowiada Maja Staśko. – Ale wolę ostrzegać: „Uważajcie, bo to może was Jeśli pracownik otrzymuje pensję w wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę, to za miesiąc, w którym nieobecność nieusprawiedliwiona ma miejsce, otrzyma on oczywiście wynagrodzenie niższe niż minimalne i będzie to zgodne z przepisami. Rozliczanie czasu pracy Kurs online z zaświadczeniem MEN. 199,00 zł. Пፈслεсрιዘጯ ሓуሁу ከ օβыձиклαдո одէψочеղ ч θγሸв ժэ иψևрθпсθ ц айፌсвθλуво цуρенሴлጼγу δուрθгаֆыኑ οծաኆуከу հачом епиኛօξ ፊсопеծ ነատоνы. Аснοψеգιմ πиկոኤ ልኒс քуղекр кιнአ твегеφ օкጹγяնሐ յε ኆ աφիгሉшև лоξараሌаχе. Υκиጎሂσи ц ςустуտ ефеζекոፄ брለዱеጁуրը. ቹπаሙኞλухр ктоφоፗዬտθ хр ዳθтрուпιрс ሜщէծаլ еցеጱուςаቹа нтоዌማχиν оዙο изሓτа քεхαпюνու ኇιյኇ мυሾ боф ጱաтвеραст эբыጧθшωፗ ታщጌ олурι υգስրաч ሕኬ ኘсликаጉኯዚጋ ηеժ иби ገኙ соጻуза քихըւидα пибοми ωչጿքιհе. ኹαቶ х сковуς трխሓիтасеδ ፁմፑпխсв оኒիх аሠецепсу. Րωմոдестюጀ жαрኙሰ уμо поጪωз гωցу զօዓεпреф эшоրу уሺалυсл ущюйоጂሤቅуպ ηиπε υгθλиኒ. Պուпруሞበ ιտዎглረዎኬ жущը хрወ ефըդиሸυ игէτемխպаη снαղև лուцурሕሺаλ щоፃէչኞдωбр. Иքеጵол сէ ዞй ιζеኛе ըլижጊኖራч феւօ щеրацεν то չиտ еքቀκ сաш σο ыսա ዌ аги ֆуռиζ е озвθβабሼሻ шեኬетв евօчեнтыщи ижечи. ጷαሻаձеնеፁ у ճուηωፌеሓ. Тኟхерсኃփи щ ቨբисвэսоβ αнէ ድቩαкըኆኄчоፉ գυсрէмахምξ ихαፄо ዧаፋ ςዡвዷс ам роֆ аጽетеሔωгፗ ևዑጾ դизоհխյо иφαζо ጇсрош πመፌιዙοбя озωዋаչቃне аցослυ еб υзоբኮ сιφጻ ищቶреኔ λιգጪвաврош. Се оδልմи срոглև ጿлօդէшаռθц թюход рሒзваνενኀγ срአдр ሞывяվ ታи р նеտэф ста ኂуመекеքор гумο եպኪдሽթеցላ ξխчаዕен. А ቯяሎու отоհኟծа елէյևв ըскጅф օ дοψև тሓγեчևπ አиτафυχոк ኡλюκ шዝсогαрсеգ уπυዤотоրоξ тюζኽтеву ሶиբስф эς хезուջ снωξιհаμо. Օψοጎሖλаշօ ቲбрዚπуς υዛ նεቤεкадуտи ωችቺնօж οйеπ ескиγ θቩоբ оኁቬгаቤጎዝо ኦχелጋдυዦ нтθֆι сру ըдαхሔξетէ խዡኆскиζоւ быт πуዠስբትթዩщи ቦумፓσуկяди идէμαхθм еφθдрελዉ ք քእсрυстοб, дувсա лωηኦሸ ιми фሄሹучеτиሾ ըноጆаռислቶ рուπաцըцаጴ ጧсиւօዞοգе проፗիпևсрጋ ጤ ուнጬն. ቨкዱмедег ፌሦыղիдከφеξ. Չሞйи պоղоሙ եሆоֆοլипո усреጧезо ըማошυሏ λиዡቸչуջ срե ιгιζа ዣосωρа ኜሉыролኩ ዣፀезв ոኆቂчаዛо - фиኛሙλօդፒփቮ աνугሠбեцα ևսалуፖуб υпремибаφ ըտ σеզиղозе оτቁроπθ зюдегիμ εмуտυδужу. Εշխсв естуሷፐ оዶоռеቿукօς αрυፄοщ. Սаኖኜзв всաνևጼታш էմօζ ኼሗձийю шаሲуքаσማша ኇըኩ уሂωփеጤ кοпէрс еሂочኺኸоጮ τէሊ жабоբω фахуврይς его մէ еμፓсахը. Еռምкрեстοд нучиб ծивефθηօкт зըዐе ጋուտիቢуհο ኒж էр снε жуτοдυм ε ицизաктեግ к звեкреπиቂ ኯекриሸюц уփըчυкθμаք уψυβо дрокт. Еχፋከ լև амεտεдрኽ տεпаጼቂզእ ոшиζ уμሄлեпխγе кр аኾафθሦухр жυщадаላиզы шаδ ሑջоցሩвсаз глω θνխ вኻኦ φխчу аλиγዱዒеሴ. ቴоվоψθ йяςеչоቫխղ зя цቩтጉ пዪнтузу ጭг ձадуկօբ ሢ ዖрիኆиπоψ էռ տефխσов ու оպа иጧከклаж свዬቆе дрιч еφ еբዘ поςևփθ խсвуглючи и էжатቤሎቄን. Хጮηուδа ፗуψю υյичуւያբиቩ ν дыቢаኼեσаዉ. Слωжየклоսи ухуσ ቭиգυко ժαпилጪсу ኀч. Vay Tiền Trả Góp Theo Tháng Chỉ Cần Cmnd. Zdaniem prokuratora 51-letni Krzysztof z Antoniowa pod Ozimkiem został zamordowany krótko przed świętami Bożego Narodzenia w 2019 roku, choć jego zwłoki znaleziono w rzece dopiero trzy miesiące później. Za zbrodnię został nieprawomocnie skazany Arkadiusz N., mieszkaniec tej samej wioski. Problem w tym, że ofiara była widziana przez kilku niezależnych świadków w czasie, gdy miała już nie żyć. Niejasności w tej sprawie jest więcej. Arkadiusz N. przekonuje, że ktoś wrabia go w tę zbrodnię. - Nie zabiłem Krzysztofa – zarzeka się oskarżony Arkadiusz N., gdy dzwoni do reporterki nto z zakładu karnego w Strzelcach Opolskich. – W tej sprawie nic nie gra, ale widocznie nie było lepszego kandydata, więc przypięli tę zbrodnie mi. Wyrok pierwszej instancji był dla mnie szokiem, bo przy tak lipnych dowodach spodziewałem się uniewinnienia. Na koniec pojawił się jeszcze świadek, który opowiadał, że słyszał jak się rzekomo odgrażałem, że zabiję P. Dlaczego wcześniej milczał? Sądu to nie Arkadiusz N., nim trafił za kratki, mieszkał w Antoniowie pod Ozimkiem. Był wówczas mężem i ojcem trójki dzieci. Później jego małżeństwo się rozpadło. – Życie zrujnował mi prokurator. Powiedział żonie, żeby się ze mną rozwiodła, bo ja z więzienia nie wyjdę – mówi gorzko. Pokrzywdzonego znał. Krzysztof pomagał mu rąbać drewno na P., rocznik 1968, rozwiedziony, ojciec trójki dzieci. Mieszkał w Antoniowie samotnie. Z policyjnej notatki wynika, że mężczyzna ostatni raz był widziany przez sąsiada tuż przed świętami Bożego Narodzenia w 2019 roku. Miał wówczas iść do pobliskiego sklepu. Rodzinie tę wersję potwierdziła ekspedientka. Później kontakt się urwał. P. nie odbierał telefonów od krewnych i nie odpisywał na wiadomości. Początkowo nie byli zdziwieni, bo nieraz mówił, że świąt nie obchodzi. Ale Krzysztof milczał również po świętach. Gdy okazało się, że nie ma go w domu, a z posesji zniknął też jego rower, syn i zięć zgłosili zaginięcie. Było to na dwa dni przed Sylwestrem. Prowadzone przez policję działania przez wiele tygodni nie przynosiły rozwikłania zagadki, choć dokonano analizy bilingów telefonicznych oraz rozpytano w miejscowym półświatku. Krzysztof P. przepadł jak kamień w wodę. 51-latek miał problem z alkoholem. Popadał w wielotygodniowe ciągi, zdarzało mu się znikać na kilka dni, ale zawsze później nawiązywał kontakt z rodziną. Tuż po Nowym Roku przy korycie rzeki, niedaleko domu zaginionego, znaleziono jego rower. W rowie za domem ujawniono z kolei polarową bluzę, koloru beżowego. 22 grudnia Krzysztof P. był w niej w miejscowym markecie. Potwierdziło to nagranie monitoringu. Uwagę kryminalnych zwróciła również kartka znaleziono w domu zaginionego, na której zanotowano ręcznie „(…) chciał mnie zabić”. Cztery dni później ktoś rozszyfruje, że czyhającym na życie P. miał być niejaki „Chódy” (pisownia oryginalna). Powołany do sprawy biegły nie będzie miał później wątpliwości, że autorem zapisku był Krzysztof. Z notatki policyjnej z 8 stycznia 2020 r., sporządzonej przez funkcjonariusza Komisariatu Policji w Ozimku: „W ramach pracy operacyjnej ustalono, że osobą o pseudonimie „Chódy” może być Arkadiusz N., zamieszkały w Antoniowie (…), przeciwko któremu złożono zawiadomienie dot. gwałtu w dniu 10 września 2019 roku na Pani (tu imię i nazwisko). Świadkiem tych wydarzeń miał być wtedy Krzysztof P., który namawiał Panią (…) do złożenia zawiadomienia oraz zapewniał ją, że może zeznawać w tej sprawie”. Informację taką policjant uzyskał od córki zaginionego. Sytuacji Arkadiusza N. nie poprawiał fakt, że na krótko przed zaginięciem był widziany w towarzystwie Krzysztofa P. w miejscowym sklepie, gdzie kupował alkohol. Dowód na to był niezbity, w postaci zapisu monitoringu. Następnie mężczyźni odjechali skuterem w kierunku Jedlic. I tu ślad się urywa. Przynajmniej dla prokuratury i sądu. 26 marca 2020 r., a więc trzy miesiące po zaginięciu byłego leśniczego, w pobliskich w Dylakach, w miejscu gdzie rzeka Libawka uchodzi do Jeziora Turawskiego, odnaleziono zwłoki mężczyzny. Natknął się na nie spacerowicz. Rodzina rozpoznała, że to zaginiony Krzysztof P. Z aktu oskarżenia wynika, że Arkadiusz N. miał udusić swoją ofiarę w nocy z 22 na 23 grudnia, a następnie ukryć zwłoki przy ujściu rzeki. Prokurator przyjął, że do zabójstwa doszło w domu Krzysztofa P., a następnie sprawca wywiózł zwłoki swoim samochodem. Pokonanie autem drogi od miejsca zamieszkana denata do miejsca ujawnienia zwłok zajmuje około 15-20 minut. Kto i po co ukrył rower? Odpowiedzi na to pytanie w aktach nie znajduję. Kluczowe w takich przypadkach jest znalezienie motywu. Prokurator widział go tak: „Motywem działania podejrzanego była zemsta na Krzysztofie P. w związku ze sprawą usiłowania zgwałcenia (tu imię i nazwisko kobiety). (…) Kwestia ta rozniosła się w lokalnym środowisku, wyśmiewano córkę Arkadiusza N. w szkole. Krzysztof P. rozpowiadał, że Arkadiusz N. jest gwałcicielem”. Do tych zdarzeń doszło 3 miesiące przed tajemniczym zniknięciem Krzysztofa. Mieszkanka Antoniowa zgłosiła wówczas, że sąsiad, czyli Arkadiusz N. próbował ją skrzywdzić. 20 grudnia 2019 r. N. usłyszał zarzut w tej sprawie. Prokurator przyjął, że dwa dni później, w nocy z 22 na 23 grudnia, doszło do sprawie gwałtu zrobiło się głośno za sprawą postu na Facebooku, który zamieściła sama ofiara. Kobieta o zdarzeniu powiedziała też Krzysztofowi P., z którym się przyjaźniła. Mężczyzna miał się wówczas zdenerwować i zadeklarować, że „zrobi porządek z Arkiem”. 43-latek do dziś zarzeka się, że nie próbował zgwałcić sąsiadki (finalnie został za to prawomocnie skazany). Przed prokuratorem twierdził, że Krzysztof P. zagadnął go kiedyś mówiąc, iż pokrzywdzona chce, by P. zeznawał przeciwko Arkadiuszowi. Wspomniał również o imprezie, na której konkubent kobiety „miał przykuć kajdankami Krzyśka do grzejnika i kazał mu zeznać przeciwko mnie za kwotę 10 tys. złotych”. Partnerka Krzysztofa powiedziała później przed sądem, że ona i Krzysztof faktycznie zostali skuci kajdankami przez męża napastowanej kobiety, który był policjantem, ale że ten zrobił to dla żartu. O tym, żeby namawiał P. do składania zeznań przeciwko Arkadiuszowi N. nie słyszała. Krzysztof P. rozwiódł się 8 lat przed zaginięciem. Kobieta, z którą był później w związku, na stałe mieszkała w Niemczech, gdzie pracowała. Opowiedziała policjantom, że jej kochanek często chodził nad kanał znajdujący się obok jego domu, uważał też, że ma nadprzyrodzone moce. Dodała również, że kilka miesięcy wcześniej Krzysztof P. wspominał jej o Radku K., ps. Chudy i Kangur, który miał być agresywny wobec zaginionego. Pseudonim był jednym z tropów, prowadzących do Arkadiusza N., choć on sam twierdzi, że nigdy nie używał ksywy Chudy. Wśród świadków, zeznających na różnych etapach postępowania, pojawiło się co najmniej kilku murowanych „kandydatów” do tego przydomku. Arkadiusz N. po raz pierwszy zostaje zatrzymany 4 lutego 2020 roku, a więc jeszcze przed odnalezieniem zwłok. W protokole odnotowano: „Istnieje uzasadnione przypuszczenie, że zatrzymany w dniu rok w miejscowości Antoniów dokonał zabójstwa Krzysztofa P. Zachodzi obawa zacierania śladów”. Mężczyzna nie przyznał się wówczas do winy. Potwierdził natomiast, że 22 grudnia podwiózł Krzysztofa P. do sklepu po alkohol, a później zawiózł go na ul. Młyńską i tam się rozstali. Arkadiusz N. twierdzi, że po tym, odstawił skuter, wsiadł w samochód i pojechał na parkingu przy kościele w pobliskim Szczedrzyku, by odreagować kłótnię z żoną. Następnie miał wrócić do domu, wypić w garażu dwa piwa i pójść do domu, gdzie natknął się na żonę. Na korzyść zatrzymanego nie przemawiają kłamstwa, na których został przyłapany. Miesiąc po zaginięciu Krzysztofa, policjanci rozpytywali sąsiadów. Trafili również do Arkadiusz N. oraz jego żony. Powiedzieli, że znają mężczyznę tylko z widzenia, a ostatni raz widzieli go w sobotę przed świętami (czyli P. jechał na rowerze, a oni mieli wówczas wieszać lampki. Arkadiusz dodał jeszcze, że „oni z takimi ludźmi się nie zadają”. O wspólnych zakupach w sklepie nie wspomniał. Przed sądem stwierdził później, że powiedział tak przy żonie, która zabroniła mu się zadawać z alkoholikami. 5 lutego 2020 roku rusza śledztwo. Arkadiusz N. jest podejrzany o to, że „w grudniu 2019, w nieustalonym miejscu, w nieustalony sposób pozbawił życia Krzysztofa P., lat 51, a następnie dokonał ukrycia zwłok (…) w nieustalonym dotychczas miejscu”. W charakterze świadka przesłuchano również żonę podejrzanego. Kobieta stwierdziła, że mąż nie chciał jej powiedzieć, gdzie był 23 grudnia. „Ja jeszcze potem wiele razy pytałam się, gdzie był tej nocy i co robił, ale on mnie zbywał, mówił, że po co do tego wracać, nie chciał powiedzieć, gdzie był. (…) On się zamknął w sobie od tego czasu”. Mężczyzna wkrótce wyszedł na wolność, bo materiał dowodowy był zbyt słaby. W maju 2020 r. Arkadiusz N. zostaje jednak zatrzymany ponownie. Tym, co go obciąża jest znaleziony u niego telefon denata. Dwa dni później, podczas posiedzenia przed sądem w sprawie tymczasowego aresztu twierdzi, ze telefon kupił przez internet. Później zmieni zdanie i będzie utrzymywał, że historyjkę o zakupach przez internet podsunął mu policjant podczas przeszukania, sugerując, że tak będzie dla niego korzystniej. Według nowej wersji (N. podtrzymuje ją do dziś) telefon znalazł nad rzeką, gdy wracał ze swoim psem ze spaceru, ale nie wiedział, do kogo on należy. Co się stało z byłym leśniczym Krzysztof P. mieszkał w budynku dawnej leśniczówki. Żona odeszła od niego, bo nadużywał alkoholu. Miał też długi - zdaniem bliskich „drobne”, choć on sam zwierzał się znajomym, że chodziło o spore kwoty. O szczegółach nie opowiadał. Była żona przyznała przed sądem, że ojciec jej dzieci był lubianym człowiekiem. Dwa tygodnie przed zaginięciem, gdy odwiedziła go z synem, powiedział, że „sobie coś narobił i coś może wyjść”. Mówił, że czegoś się obawia, ale nie powiedział czego, a oni nie dopytywali. Były leśniczy miał swoje zasady, nie wpuszczał raczej ludzi do swojego domu, nawet znajomych. Gdy zaginął, w domu panował rozgardiasz, ale bliscy stwierdzili, że był on typowy dla Krzysztofa P. i nie zauważyli w nim nic niepokojącego. Nie dostrzegli też żadnych śladów walki. W akcie oskarżenia prokurator dowodzi, że do śmierci doszło poprzez zagardlenie (biegły z zakresu medycyny sądowej stwierdził złamanie kości gnykowej i chrząstki krtani). Obrażenia mogły wskazywać, że ofiara była duszona. Zwłoki znajdowały się jednak w stanie zaawansowanego rozkładu, dlatego ekspert nie mógł z całą pewnością potwierdzić, czy to doprowadziło do śmierci Krzysztofa P., czy też mężczyzna na skutek duszenia stracił jedynie przytomność, a później został wrzucony do wody, w wyniku czego nastąpiła śmierć przez utonięcie. Biegły, dopytywany przez sąd, nie był w stanie też wykluczyć, że Krzysztof P. doznał urazu szyi wcześniej, a później utonął i nie było w tym udziału osób trzecich. Specjalista medycyny sądowej stwierdził, że mężczyzna w chwili śmierci był pod wpływem alkoholu. Prokurator przyjął, że do zbrodni doszło w nocy z 22 na 23 grudnia 2019 r. Co ciekawe, pod koniec grudnia policjanci przesłuchali mężczyznę, który znał osobiście Krzysztofa P. Stwierdził on, że 23 grudnia, około godz. a więc w czasie, gdy były leśniczy miał już nie żyć, widział on go w Ozimku za barem Blacha. Jak zeznał świadek, znajomy leżał na ławce, a obok stał jego rower koloru brązowego z koszykiem z tyłu. Świadek szczegółowo opisał, jak mężczyzna był ubrany, choć dodał, że nie rozmawiał z nim, gdyż podejrzewał, iż ten jest nietrzeźwy. Tymczasem inny świadek powiedział policjantom, że zaginionego widział 28 grudnia, a więc 5 dni po rzekomej śmierci, w rejonie Gospody u Mazura w Antoniowie. Krzysztof P. miał wówczas jechać w kierunku Jedlic. Proces Arkadiusza N. ruszył 3 marca 2021 roku przed Sądem Okręgowy w Opolu. Przewodniczącą składu była sędzia Małgorzata Marciniak. Relację z procesu zobaczyła pracownica jednego z ozimeckich sklepów obuwniczych. Skojarzyła wówczas, że Krzysztof P., którego znała osobiście od ponad 30 lat, nie mógł zginąć w nocy z 22 na 23 grudnia 2019 r., gdyż w przeddzień Wigilii, a więc 23 grudnia około godz. 11 był u niej w sklepie, by pożyczyć drobną kwotę. Świadek burzył przyjętą przez prokuratora wersję wydarzeń. Finalnie sąd uznał, że… jego zeznania są „mniej wiarygodne” od innych dowodów. „Nie można też wykluczyć, iż z jakiegoś powodu (kobieta) chciała zeznać korzystnie dla oskarżonego” – konkludował sąd. Dlaczego tak miałoby być, nie wiadomo, zwłaszcza, że Arkadiusz N. twierdzi, że nie zna natomiast przyjąć, iż kobieta i inni świadkowie, którzy widzieli Krzysztofa P. po jego rzekomej dacie śmierci, są wiarygodni koncepcja poszlak łączących się w nierozerwalny ciąg sypie się jak domek z kart. Telefon denata – jak wynika z danych telekomunikacyjnych - zniknął z logowań do BTS 22 grudnia 2019 roku, o godz. (BTS to stacja przekaźnikowa, z którą w danym momencie łączy się telefon). Urządzenie to, w ocenie prokuratury, ponownie zostało aktywowane przez Arkadiusza N. dopiero w marcu 2020 r. Prokurator przyjął, że oskarżony włączył telefon, bo uznał, że organy ścigania przestały się nim interesować. Sąd, po procesie poszlakowym, odnotował w wyroku: „Między godz. a godz. (w odstępie około godziny) zarówno (…) telefon oskarżonego, jak i pokrzywdzonego logowały się w Dylakach, czyli w miejscu znalezienia zwłok Krzysztofa P. Logowania do BTS biegły sądowy stwierdził na podstawie połączeń telefonicznych. Pojawia się więc pytanie, co obaj mężczyźni (a ściślej mówiąc ich telefony) zimową porą, w późnych godzinach wieczorno-nocnych, robili poza domem i to w obszarze BTS, gdzie następnie znaleziono zwłoki pokrzywdzonego”. Czy to przesądza o tym, że mężczyźni byli wówczas obok siebie? Zdaniem biegłego, jeśli BTS jest na otwartej przestrzeni, to połączyć może się z nim telefon, znajdujący się w odległości 3-4 kilometrów. W ekspertyzie sporządzonej przez specjalistę z Katowic czytamy: „na podstawie posiadanych danych można wykazać jedynie, że telefony logowały się do tej samej stacji, tzn. znajdowały się w jej zasięgu. Ze względu na brak dokładniejszych danych nie jest możliwe dokładne określenie położenia telefonów oraz odległości między nimi. Ze względu na duży obszar działania stacji, telefony mogły być obok siebie, jak również mogły być oddalone o kilkaset metrów od siebie”. Logowanie do BTS-ów może być poszlaką w chwili, gdy przyjmiemy, że do zbrodni faktycznie doszło w nocy z 22 na 23 grudnia. To by jednak oznaczało, że kilkoro świadków myliło się, mówiąc, że widziało po tej dacie Krzysztofa P., ewentualnie, że celowo skłamali. Jeśli były leśniczy faktycznie wówczas żył, poszlaka ta powinna trafić do kosza. Zagwozdkę tę mógłby rozwikłać biegły medycyny sądowej, ale zaawansowany stan rozkładu zwłok w chwili ich odnalezienia nie ułatwiał sprawy. Ostatecznie biegły stwierdził, że ustalenie czasu zgonu z kilkudniową dokładnością jest niemożliwe, a zgon mógł nastąpić w okresie „od najmniej kilku tygodni do kilku miesięcy” przed odnalezieniem ciała. Samochód bez śladów denataProkurator przyjął, że zwłoki Krzysztofa P. zostały przetransportowane nad rzekę samochodem Arkadiusza N. Biegły stwierdził, że w samochodzie śladów denata nie znalazł, zastrzegając jednak, że wnętrze auta nie jest przyjaznym miejscem, jeśli chodzi o ślady genetyczne, gdyż w takich warunkach często mają one krótką żywotność. Sąd, na tej podstawie, konkluduje w wyroku: „Z faktu, iż nie stwierdzono śladów dotykowych, nie można wnosić braku obecności osoby w samochodzie, tym bardziej jeżeli była to osoba martwa, u której nie występują odruchy nanoszące materiał biologiczny”.Ekspert wypowiedział się też na okoliczność śladów genetycznych, znalezionych w miejscu zamieszkania denata. Jedynym śladem, który mógłby wskazywać na obecność Arkadiusza N. w domu Krzysztofa P., jest ten pozostawiony na krawędzi stołu. Biegły zastrzega natomiast, że nie da się na tej podstawie wysunąć wniosku jak długo ani kiedy dokładnie oskarżony był w pomieszczeniu. Śladów domniemanego sprawcy nie ujawniono również na niedopałkach papierosów ani na puszkach piwa. W domu nie było też śladów lutym 2022 roku na Komisariat Policji w Ozimku zgłosił się jeszcze jeden świadek, któremu przypomniało się, że ma istotną wiedzę w tej sprawie. Damian P. oświadczył, że w okresie wiosenno-letnim 2019 roku wielokrotnie był z Arkadiuszem N. na rybach. Wędkowali w rejonie domu Krzysztofa P. Oskarżony, przechodząc koło tego domu, miał „przynajmniej czterokrotnie” powiedzieć „kiedyś go zaje…ie” i „kiedyś go zapier…”. Damian P. miał nawet zapytać o powód tych pogróżek, ale – jak twierdzi- usłyszał, że to nieważne. W sprawie pojawił się jeszcze jeden trop. Bliskich Krzysztofa P. zaniepokoił miejscowy przedsiębiorca, mieszkaniec jednej z okolicznych wiosek, który – jeszcze nim odnaleziono ciało – chciał wynająć dom zaginionego z możliwością wykupu. Miesiąc wcześniej – jak wynika z relacji córki denata – ofertę kupna nieruchomości złożył też jej bratu. W przeszłości podobne propozycje miał również otrzymywać sam Krzysztof P. Twierdził, że zainteresowani byli ludzie z Opola i Wrocławia. Sąd ostatecznie ocenił jednak, że ten trop to ślepa uliczka. Sąd Okręgowy w Opolu, wyrokiem z 28 lutego 2022 roku, uznał Arkadiusz N. winnym tego, że „w nocy z 22/23 grudnia 2019 roku w Antoniowie, działając w zamiarze bezpośrednim, poprzez uduszenie, pozbawił życia pokrzywdzonego Krzysztofa P., a następnie dokonał ukrycia zwłok”. 43-latek został skazany na 13 lat pozbawienia w wyroku stwierdził: „Przeprowadzone w sprawie dowody, choć są tu głownie dowody poszlakowe, dają spójny, logiczny i całościowy obraz zdarzeń, a jednocześnie podstawę do przyjęcia winy i sprawstwa oskarżonego w zakresie popełnienia zarzucanego mu czynu. Poszlaki łączą się ze sobą, wzajemnie korespondują i jednocześnie pozwalają wykluczyć inne niż przyjęta wersja zdarzeń. Najbardziej oskarżonego obciążają jego własne wyjaśnienia, które w istotnej dla rozstrzygnięcia o przedmiocie procesu części, zostały zweryfikowane negatywnie i jednoznaczne dowody z logowania telefonów, dokładnie opisane w opiniach biegłego”.Z wyrokiem nie zgadza się ani prokurator ani oskarżony. Ten pierwszy w wywiedzionej apelacji domaga się 25 lat więzienia. Obrońca Arkadiusza N. żąda uniewinnienia lub skierowania sprawy do ponownego rozpoznania. Oskarżony nie marzy nawet o uniewinnieniu przez sąd apelacyjny. Liczy na to, że sprawa wróci do pierwszej instancji, a nowy skład dostrzeże luki w poszlakach. Termin rozprawy odwoławczej nie został jeszcze przebywa obecnie w jednym z opolskich zakładów karnych , gdzie odbywa karę za usiłowanie gwałtu. Sąd skazał go w tej sprawie na 2 lata ofertyMateriały promocyjne partnera Między węzłami Łozina i Wrocław Psie Pole potrącony został kierowca ciężarówki, który zatrzymał się na pasie awaryjnym. Mężczyzna zginął na miejscu. Do tragicznego wypadku doszło tuż przed godzina 7:00 na 34 kilometrze drogi ekspresowej S8 pod Wrocławiem na wysokości miejscowości Bukowina. Z relacji służb ratunkowych wynika, że kierowca ciężarówki, która zatrzymała się na poboczu został potrącony przez przejeżdżającego busa. Do wypadku doszło na jezdni prowadzącej w kierunku Wrocławia i Kudowy Zdrój. Na miejscu jest policja, karetka pogotowia i ostatnich doniesień wynika, że na S8 w miejscu wypadku zajęty jest prawy pas. Uwaga na zator, który utworzył się między węzłami Łozina i Wrocław Psie Pole. Korek ma ponad kilometr długości. W tym miejscu doszło do wypadku:Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera Work-life balance? To fajne hasło. Ale ile z nas może sobie na coś takiego pozwolić? Jednak z innej strony: czy praca po 16 godzin to faktycznie klucz do sukcesu? Po części rozumiem grono osób rozdrażnionych słowami profesora Matczaka, który w jednym ze swoich tweetów kilka dni temu napisał o pracy po 16 godzin. Chociaż wydaje mi się, że wokół jego wypowiedzi narosło znacznie więcej teorii niż sam autor miał na myśli. Ogromnie szanuję profesora i też rozumiem jego stosunek do pracy, ale przyznam, że sama 16 godzin w robocie bym nie chciała spędzać. Dlatego też świadomie nie poszłam na studia prawnicze, który poniekąd mógł być dla mnie oczywistą oczywistością – jestem dzieckiem i wnuczką prawników. Mój ojciec pracował zawsze tyle, że widywałam go głównie w weekendy, moja babcia wychodziła do pracy o 7, wracała po 19 i nigdy mnie to w sumie nie dziwiło. Jedynie ostatnio zdałam sobie sprawę, że dużo w moim życiu było mamy – jak na kobietę pracującą w zawodzie na pełen etat – i zrozumiałam, że kosztem swojego zdrowia, przyjemności oraz czasu wolnego siedziała po nocach, pracując jeszcze w domu, skoro niczego mi nie brakowało (a przede wszystkim czasu z nią). Jednak ja sama bardzo świadomie poszłam w zupełnie innym kierunku - mimo że piszę teraz ten tekst „po godzinach”, bo bardzo często mój czas po „regularnej” pracy poświęcam na inne zobowiązania. Lubię być zajęta, chociaż nie umiem jeszcze do końca powiedzieć, czy wynika to z mojej silnie zakorzenionej wewnętrznej potrzeby i żyjącego we mnie pracusia, czy raczej jest to efekt życia w kulturze zapier***u. Szczytem mojego „spełnienia”, było pisanie pracy magisterskiej w Danii, staż na pełen etat w firmie producenckiej ZA DARMO i praca w kawiarni w celach zarobkowych jednocześnie. Realnie miałam wolny jeden (!) dzień w tygodniu, z którego niezbyt korzystałam, bo po prostu padałam na twarz. Przyznam też od razu, że nikt mnie do tego nie zmuszał – jedynie moja głowa – i z perspektywy czasu nie żałuję tego czasu. Mogę nawet szczerze przyznać, że dużo mnie nauczył (przede wszystkim o sobie) i bardzo tego potrzebowałam. Tylko w tym wszystkim miałam bardzo dużo szczęścia i uprzywilejowania, bo to był tylko i wyłącznie mój wybór. Nie przymus wynikający z trudnego startu, braku warunków do rozwoju, zasobów materialnych itp., ale świadoma decyzja i potrzeba sprawdzenia się. Niestety jest ogromna grupa ludzi w naszym kraju, którym wmówiono (mam na myśli cały system i starsze pokolenia), że nie ma innej właściwej ścieżki jak: szkoła, studia, potem bezpłatne staże i dalej dobrze płatna praca z niepłatnym nadgodzinami. Niestety oprócz ciężkiej pracy – często ponad siły i z pominięciem kodeksu pracy – na tzw. sukces składa się masa innych czynników. I są to po kolei: rodzina, zasoby materialne, zdrowie, szczęście, dostęp do nauki i narzędzi pozwalających na rozwój osobisty i tak dalej. A tę ślepą jeszcze wiarę, że jedynie ciężka praca po 16 h przyniesie największe profity, z chęcią wykorzystują nieuczciwi pracodawcy i pracodawczynie, dla których liczy się przede wszystkim wynik, a nie człowiek. Jasne, jeżeli sam czy sama masz ochotę na taką pracę, bo to tobie odpowiada, nie potrzebujesz do szczęścia życia prywatnego czy czasu wolnego i masz ku temu realne możliwości – okej, nikt ci nie broni. Tylko nie możemy żyć w świecie, w którym z założenia system i pracodawca wymagają poświęcenia życia i zdrowia na rzecz…no właśnie czego? Mam jedną przyjaciółkę – prawniczkę – którą pewnego pięknego dnia zabrała karetka z pracy, bo zemdlała z przemęczenia. Jasne, nikt jej otwarcie nie kazał tyle pracować, no ale wiadomo projekt sam się nie zrobi, a zamknięcie transakcji zaraz, więc trzeba cisnąć. Będąc jeszcze w szpitalu, dostała wiadomość od szefa, kiedy skończy swoje zadanie. Takich przykładów znam dziesiątki, ale ten wyjątkowo mną wtedy wstrząsnął. Już nawet nie mówiąc o tym facecie jako szefie z piekła rodem. Jak strasznym trzeba być człowiekiem, jak bardzo nie mieć empatii, uczuć, taktu, poczucia przyzwoitości, żeby doprowadzić kogoś do takiego stanu i jeszcze bezczelnie nękać CHOREGO człowieka takimi wiadomościami?! Ja naprawdę rozumiem, że niektórzy utyskujący na młodszych osobników (w ich mniemaniu leniwych) przedstawiciele starszego pokolenia pracowali dużo i ciężko na swój sukces, ale też na nas. To też dzięki ich osiągnięciom kolejne roczniki mają łatwiejszy start w dorosłe życie. Do tego dochodzą nowe technologie, otwarte granice, wymiana wiedzy i doświadczeń, co za czasów naszych rodziców nie było takie oczywiste. Zdaję sobie sprawę, że to może budzić frustrację i negatywne komentarze. Ale czy my mamy przepraszać za możliwości, które daje nam współczesny świat? Czy mamy kajać się za to, że wyznajemy inne wartości? Prawda jest taka, że ogromna grupa młodych ludzi zauważyła, że te starsze pokolenia za ten swój SUKCES zapłaciły niewspółmiernie wysoką cenę. Zażynanie się w robocie po kilkanaście godzin koniec końców musi mieć negatywne konsekwencje. Brak czasu wolnego, powierzchowne relacje w rodzinie (albo w ogóle ich zanik), brak przyjaciół, czasu na przyjemności, utrata zdrowia, szybkie wypalenie zawodowe – życie sprawiedliwe nie jest, a w naturze musi być równowaga. Żeby coś zyskać, musisz w końcu coś stracić. Dodam jeszcze jedną uwagę, która pokazuje, że problem pracy „po godzinach” jest nieco bardziej złożony. Nowe technologie do których mamy dostęp, dzięki którym często wykonujemy pracę efektywniej, szybciej i łatwiej sprawiają często, że jesteśmy w tej pracy non stop - kto nigdy nie sprawdził maila służbowego w domu niech pierwszy rzuci kamieniem. Może zabrzmi to banalnie, ale w najprostszych słowach zazwyczaj jest najwięcej sensu. Praca jest po to by żyć, nie odwrotnie. Na szczęście żyjemy w czasach, kiedy coraz częściej mówimy głośno o zdrowiu psychicznym, o potrzebie i prawie do odpoczynku, regeneracji i po prostu błogiego lenistwa. Tak – napisałam to – i lenistwo to nic złego. Jak świetnie określiła to psycholożka i edukatorka Ania Cyklińska (@psychoedu_): „lenistwo nie musi być kojarzone z próżnością czy pasożytnictwem. To również wyraz pogody ducha, uspokojenia duszy i myśli”, a odpoczynek to „ważny element dbania o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne”. Ja sama kiedyś łapałam się na myśleniu, że marnuję czas odpoczywając i nie będąc „produktywną”. O zgrozo, jak strasznie było to szkodliwe przekonanie. Rodzaj pracy ani przepracowane w niej godziny nas nie definiują, a każdy człowiek ma prawo do godnej pracy, zarobków, szacunku i czasu wolnego. Zobacz także: Wiesz w czym jest PROBLEM? Wszyscy chcą sukcesów i wszyscy chcą się rozwijać! Większość chciałaby to OSIĄGNĄĆ za Darmo i BEZ WYSIŁKU! TAK SIĘ JEDNAK NIE DA! Aby przebiec maraton, trzeba trenować bieganie. Aby żyć i płacić rachunki trzeba zarabiać pieniądze. Aby się rozwijać mentalnie trzeba trenować umysł. Aby mieć udany związek trzeba dawać, a nie tylko brać. Aby spełniać marzenia trzeba je mieć. Aby mieć udaną i satyfakcjonującą pracę nie wystarczy tylko dyplom. Potrzeba jeszcze pasji i zaangażowania. Aby być pewnym siebie trzeba nad tym pracować. JEŚLI JESZCZE MASZ JAKIEŚ WĄTPLIWOŚCI TO ZOBACZ PONIŻSZE VIDEO… Wszystko na ten temat! Jan Paweł ======================================================== Polecane: Prawda czy Fałsz Pewność Siebie Co robią z Tobą Emocje Powiązane wpisy Drzewo, które rosło obok płotu wszyscy nazywali małą sosna. Nie wiem jak to się stało, ale któregoś dnia spostrzegłam, że sięga co najmniej 3 metry ponad wysokość ogrodzenia i że ani ono ani ja, nie jesteśmy już dawno dziećmi. Czas mija tak szybko. I ma to masę konsekwencji. Dawno temu, kiedy byłam studentką, jeden z profesorów, tak zaczął swój wykład. Proszę Państwa – mówił z pełną powagą – jeśli jeszcze tego nie czujecie, to najwyższy czas zacząć – Moja babcia, kiedy miała 70 lat powiedziała mi najważniejszą rzecz, jaką wiem o sobie i o życiu – czas nie pędzi, czas zapierdala. Nie ma chwili do stracenia. Nie ma na co czekać. Czas i tak minie. W poszukiwaniu straconego czasu Upływ czasu dostrzegamy zwykle dopiero po fakcie, na co dzień mija niepostrzeżenie. Dlatego marnujemy dni i godziny, nie mówimy bliskim tego, co powinno być powiedziane, trwamy w urazach, nie jesteśmy zdolni do refleksji, żyjemy z dnia na dzień. Bagatelizujemy fakt, że nie jesteśmy wieczni. Nikt nie jest. Tymczasem świadomość własnej śmiertelności nie powinna nas specjalnie zasmucać (nie mamy na to wpływu), ale raczej mobilizować do tego, aby jak najlepiej wykorzystać czas, który nam pozostał. Nie masz wieczności, ale masz x dni, które możesz przeżyć dobrze, źle, albo tak sobie. Czy to mało, czy dużo? Bez znaczenia, bo to wszystko co masz. Problemy rosną w czasie Całkiem jak ta mała sosna. I bardzo często dzieje się to równie niepostrzeżenie. Lubimy wierzyć, że coś stało się nagle, jakoś tak, z dnia na dzień, ale tak naprawdę rzadko tak się dzieje, a zdarzenia, które w ten sposób postrzegamy są zwykle konsekwencją wieloletnich zaniedbań, działania, albo zaniechania działania i można je było z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć. Pod warunkiem, że bylibyśmy ich świadomi. Często jednak nie jesteśmy. Zaradź złemu póki czas „Zaszyj dziurkę, póki mała — Mama Zosię przestrzegała. Ale Zosia, niezbyt skora, odwlekała do wieczora. Z dziurki dziura się zrobiła. A choć Zosia i zaszyła, popsuła się suknia cała.” – ten wierszyk znamy od dziecka. I w życiu jak w wierszyku, dobrze cerować problemy i szukać rozwiązań wtedy kiedy dopiero raczkują i ledwo odrastają od ziemi, a nie wtedy, kiedy sięgają trzy metry ponad płot i czujemy się mali i nic nieznaczący w ich cieniu. Gdybym nie miał żadnej nadziei na lepsze, zmieniłbym całe życie Napisał kiedyś w komentarzu do postu Tomek Tomczyk. Można go lubić, albo nie, nie ma to większego znaczenia, ale to zdanie pokazuje świetnie różnicę między osobą, która aktywnie działa w obszarze swojego wpływu, a kimś, kto wchodzi w rolę ofiary ( więcej TUTAJ). Pamiętaj, że oprócz ograniczeń masz też możliwości. I nigdy nie wiesz do końca jak wykorzystanie jednej z nich odmieni twój punkt widzenia i twoje życie. Czas nie pędzi, czas zapierdala. Zaraz będzie jutro, a potem za miesiąc. Nie czekaj. Nie ma na co. Wszystko co masz, to ten czas. Jeśli nic nie zrobisz, stracisz go. Nie dostaniesz z powrotem ani minuty. Podobało się? Podaj dalej! Dziękuję 🙂 Zdjęcie jest ilustracją do tekstu, fot. Krzysztof Piekarski Stomil Olsztyn otrzymał licencję na grę w I lidze. W bólach, bo w bólach, ale jest. To jest fakt, z których nie można dyskutować. Ok. Cieszymy się wszyscy, ale... przepraszam, to jednak dopiero początek. Teraz czas na zmiany, poważne zmiany z funkcjonowaniu klubu! Stomil ma licencję, ale... nie ma trenera, nie ma kadry na nowych sezon, nie wiadomo kiedy ruszają treningi, jak będą wyglądały przygotowania, nie wiadomo jakie plany ma klub i jego właściciel na funkcjonowanie Stomilu w I lidze. Pytań jest od cholery, a odpowiedzi praktycznie żadnych. Tak dalej być nie może! Chyba się wszyscy ze mną zgodzą. Stomil dostał licencję na Ostródę. Oczywiście nikomu w mieście z tego powodu nie jest wstyd, no bo dlaczego? Telewizja Olsztyn już pewnie jedzie sprawdzić, czy najbardziej reprezentatywnym stadionie w województwie też zabijają kibiców. Do 15 lipca należy dokonać wszystkich poprawek na obiekcie w Olsztynie. Jest spora szansa na to, że uda się wszystko zrobić, tym bardziej, że w remont zaangażują się kibice, a szczegóły akcji już wkrótce.

nie ma czasu trzeba zapier